/wpis z 01.05.2010
Dzisiaj reklamuje się wszystko. Nawet bezpłatną przeglądarkę. Naomi Klein w „No logo” cytuje esej „How to brand sand”, w którym pracownicy agencji reklamowej: Sam I. Hill, Jack McGrath i Sandeep Dayal informują korporacje, że wystarczy właściwy plan marketingowy, by wypromować piasek, pszenicę czy inne towary, tradycyjnie uważane za nie poddające się procesowi kreowania marki. A reklam książek mamy jak na lekarstwo. Mówię o dobrych reklamach. Reklamach, które są, choć odrobinę, korpo-like (chociaż „Pod kopułą” Stephena Kinga miało bardzo fajne „standy” w księgarniach, ale powiedzmy sobie – to jest jednak inna liga, hamerykańska). Nie chcę przesadnie analizować tej sytuacji – rynek wydawniczy nie jest mi aż tak dobrze znany, chociaż mogę sobie domniemywać – budżety i „tradycyjność reklamowa” wydawnictw, budżety autorów (gdyby oni sami mieli zająć się tą działką), może (przez duże M bo to już chyba zwykłe bajanie) obawa autorów, że wypasiona reklama zmieni nastawienie do ich twórczości (tzw. obawa przed skurwieniem).
Jako miłośniczka i osoba znająca siłę reklamy, nieprzytomnie zakochana w literaturze (i uważająca, że bohaterowie książek żyją własnym życiem, kiedy odkładamy na chwilę lekturę – taki Raskolnikow np. pije sobie spokojnie tę herbatę z malinami i tylko nasza chęć czytania sprawia, że musi znów przechodzić przez katorgę), pragnę, żeby dobrych reklam książek było więcej. Żeby Ci, do których przemawiają tylko kolorowe obrazki i którzy bez telewizora zmieniają się w kobietę z potrójnym PMS-em, przeczytali coś więcej niż ulotkę z Tesco. I żeby, może, też zakochali się w książkach (byle nie w Coehlo, proszę). Dlatego mail od Tomasza Michniewicza tak mnie ucieszył. Sami zobaczcie dlaczego:
Ucieszył mnie nie tylko dlatego, że lubię jak ktoś do mnie pisze. Ucieszył dlatego, że to jest naprawdę dobra reklama. Mamy atrakcyjny przekaz, testimoniale znanych i cenionych, formę, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni i wypowiedź autora, który również niereprezentacyjny nie jest. Zaryzykuję nawet, że część społeczeństwa obdarzona podwójnym chromosomem X może się skusić na przeczytanie (cel uświęca środki!) dzięki zobaczeniu autora. Książka ma premierę w moje imieniny, co jest olbrzymim plusem, bo jak wszyscy wiemy, nawet Meksykanie hucznie obchodzą imieniny me. Termin więc jest idealny.
Dla złaknionych szczegółów dotyczących samej książki, z jednego z moich ulubionych miejsc przepuszczania pieniędzy (czyli z Merlina):
Drogi, których nie ma, prowadzą do miejsc, o jakich nie śniłeś.
Świat można oglądać przez przyciemnione szyby limuzyny albo z dachu rozklekotanego autobusu. Tomek Michniewicz woli to drugie – pakuje plecak, kupuje bilet i rusza w nieznane, by przeżyć niesamowitą przygodę! Samsara. Na drogach, których nie ma to fascynująca opowieść Tomka o jego podróży po Azji – pełnej niebezpieczeństw, zaskakujących zdarzeń i ciekawych ludzi. Opowieść napisana ze swadą, rozbrajającym humorem, ale i dystansem do siebie. A także poradnik, jak w taką wyprawę wyruszyć samemu.