/wpis z 02.06.2005
Dostałam dzisiaj mailem obrazek, który przypomniał mi pewną „smaczną” reklamę. Ja się bardzo cieszę, że środki higieny osobistej zaczyna się reklamować na śmieszno (ułamek procenta, ale zawsze). Wiem też, że w dzisiejszych czasach jak czegoś nie reklamujesz, to tego nie ma, a nie po to się produkuje, żeby nie sprzedawać. Jako osobniczka płci żeńskiej, uznaję też niektóre „rzeczy” za normalne, naturalne i ogólnie rzec biorąc nic szokującego. Ale normalnie szlag mnie jasny trafia, jeśli jedząc obiad widzę dzieciaka zatykającego nos na kiblu, kobietę, która połknęła balon i jak zje jogurcik, to jej wszystko – obrazowo mówiąc – spłynie, itepe, itede, ok, ob. A ja mówię VETO!
Zgłaszam więc postulat. Niechaj przeprowadzone zostaną badania, z których reklamotwórcy dowiedzą się jakie są statystycznie najbardziej prawdopodobne godziny dawania w domach żarła. W tych najbardziej prawdopodobnych godzinach napychania żołądków postuluję o niereklamowanie: tabletek na sraczkę, jogurtów na zatwardzenie, odświeżaczy do łazienek, podpasek chłonących płyn (sic!), tamponów robiących wrażenie na policjantach, płynów zabijających taplające się w szambowym błocku bakterie i innych monstrualno-menstrualno-odchodowych środków. I tak właśnie!