/wpis z 03.03.2006
Metropol donosi dzisiaj ustami, a raczej piórem, Pana Zbigniewa Modrzewskiego, że mimo że polskie nastolatki uważają, że reklama ich nie rusza, to jest zupełnie na odwrót.
Jedna trzecia nastolatków o produkcie dowiaduje się właśnie z reklamy. Produkty reklamowane są o wiele bardziej popularne wśród młodzieży niż te, których reklama nie pojawia się w mediach (…) Jednak tylko połowa badanych twierdzi, że reklama daje jakąś informację o produktach, a większość uważa, że reklamowane produkty nie muszą być lepsze od innych. Przekaz reklamowy stara się weryfikować zaledwie 1/4 nastolatków (…) 28 procent nastolatków szuka informacji o produktach w internecie (…) 38,9% nastolatków uważa, że [produkty reklamowane przyp. autora] są lepsze niż inne.
No i teraz pytanie mam. Czy mówiąc, że reklamowane produkty są o wiele bardziej popularne, autor ma na myśli: chętniej kupowane przy pełnej informacji o produkcie podobnym, czy tylko częściej wymieniane przez respondentów (badanie było CBOS-u). Podejrzewam, że były częściej wymieniane, co jest zupełnie naturalne, bo jak moga mówić o czymś o czym nie słyszeli 15 razy dziennie? Oznacza to bardziej znajomość marki niż preferowanie jakiegoś produktu.
Co do 25% weryfikujących przekaz reklamowy, Pan Modrzewski pisze że „tylko” a dla mnie to i tak dużo. Przy takiej ilości reklam z każdej strony kto by miał czas i nerwy weryfikować i sprawdzać każdą zasłyszaną informację? A może chodzi o bezmyślne kupowanie reklamowanych produktów? I czy to na pewno wpływ reklamy, czy może popularny/bogaty kolega kupił sobie dany produkt (On jeden poleciał na reklamę i na to, że to drogie, więc jest się czym opchwalić), lawina ruszyła i teraz każdy chce zaszpanować?
W artykule czytamy, że pozytywnym jest, że 28% nastolatków szuka informacji o produktach w internecie. I to mogłaby być zadziwiająco niska liczba, gdybyśmy się dowiedzieli choć trochę o kryteriach badania (np. jaki procent z badanych miał dostęp do internetu). A tak kreatywni przeczytają artykuł i znowu będą postulować o zwiększenie budżetu na reklamy zamiast zainwestować część w bardziej profesjonalną i zawierającą więcej informacji stronę internetową, lub zatrudnić człowieka, który w wysyłanym co tydzień e-letterze zgrabnie połączy przydatne odbiorcom informacje z dyskretną promocją firmy*. No ale przecież wtedy ewentualne zyski trudno przypisać swojemu działowi (no i spływają one dłużej niż zyski ze sprzedaży).
*Co nie oznacza, że od reklamy się odwracam, ale sama reklama bez „wsparcia” traci na efektywności (a w niedalekiej przyszłości będzie coraz gorzej).